Gdy w 2011 roku braliśmy ślub, do głowy mi nie przyszło, że kwestia płodności i dzieci będzie u nas tak nieoczywista. W pierwszą ciążę zaszłam niespodziewanie, bez szczególnych starań, niestety w 10 tygodniu serce dziecka przestało bić. Od tamtego czasu minęły 4 lata. W ciągu tych lat wydarzyło się mnóstwo ważnych rzeczy.

Przede wszystkim znajomy ksiądz powiedział mi o Pani Marcie Stasieło, jedynej w naszym województwie instruktorki Modelu Creighton. Bez wahania umówiliśmy się na pierwsze spotkanie. Te wspólne wyjazdy do Olsztyna były dla nas fajnym wspólnym czasem, rozmowy z Martą były bardzo owocne, rozwiewała wszelkie nasze wątpliwości, nawet smsowo, telefonicznie czy przez skype’a 🙂 Opieka na sto procent. Wielką wartością tych spotkań jest to, że uczestniczymy w nich razem, mimo że Creighton dotyczy tylko obserwacji cyklu kobiety. Wspólny udział w kolejnych spotkaniach spowodował, że mąż więcej się dowiedział o działaniu mojego organizmu, nie musiałam mu nigdy nic tłumaczyć 🙂 Nauczyliśmy się metody, a po kilku cyklach udaliśmy się do Białegostoku do doktora Wasilewskiego na pierwszą wizytę, tzw. napro 😉 czyli naprotechnologia – po prostu znajdowanie i leczenie przyczyn niepłodności.

Każde kolejne przekroczenie progu kliniki Napromedica było naprawdę dobrym przeżyciem, z wizyt wychodziliśmy z konkretnymi wskazówkami. Mimo wszystko mój przypadek nie był konkretny, na niepłodność składało się kilka czynników, kilka schorzeń które wiedziałam, że mam (choroba tarczycy – Hashimoto) oraz o których się dowiedziałam (niedobory progesteronu, zespół policystycznych jajników). Leczenie trwało dosyć długo, jeździliśmy do doktora mniej więcej raz na 3-4 miesiące, potem na rok zrobiliśmy przerwę od wizyt, bo musiałam uregulować najpierw mój poziom hormonów tarczycy.

Był to taki moment, że trochę daliśmy sobie już spokój. Postanowiłam zmienić pracę. W drugim tygodniu nowej pracy nie dostałam na czas miesiączki, zrobiłam test, był pozytywny. Od tamtej chwili minął już rok. Gdy to piszę, obok śpi Anulka, nasza córeczka, która za tydzień skończy już 4 miesiące.

Muszę przyznać, że cały okres ciąży byłam niepewna. Dopiero, gdy się urodziła i mogłam ją zobaczyć – uwierzyłam, że wreszcie było nam dane rodzicielstwo :)! Wszystkich, którzy się wahają, szkoda im czasu lub pieniędzy na mimo wszystko dość kosztowne wizyty napro (niestety nie są refundowane…) mogę powiedzieć tylko jedno: na ważne rzeczy zawsze się znajdą pieniądze. ZAWSZE. My jesteśmy tego przykładem. Nigdy nie zabrakło nam kasy, mimo że czasem trzeba było na badania i leki wydać naprawdę sporo. Nie wiem jakim CUDEM się to udawało. Po prostu kasa się zawsze znalazła. I tyle. Myślę, że Ten na Górze ogarniał sytuację..:)

Kasia i Michał

 

Gdy w 2011 roku braliśmy ślub, do głowy mi nie przyszło, że kwestia płodności i dzieci będzie u nas tak nieoczywista. W pierwszą ciążę zaszłam niespodziewanie, bez szczególnych starań, niestety w 10 tygodniu serce dziecka przestało bić. Od tamtego czasu minęły 4 lata. W ciągu tych lat wydarzyło się mnóstwo ważnych rzeczy.

Przede wszystkim znajomy ksiądz powiedział mi o Pani Marcie Stasieło, jedynej w naszym województwie instruktorki Modelu Creighton. Bez wahania umówiliśmy się na pierwsze spotkanie. Te wspólne wyjazdy do Olsztyna były dla nas fajnym wspólnym czasem, rozmowy z Martą były bardzo owocne, rozwiewała wszelkie nasze wątpliwości, nawet smsowo, telefonicznie czy przez skype’a 🙂 Opieka na sto procent. Wielką wartością tych spotkań jest to, że uczestniczymy w nich razem, mimo że Creighton dotyczy tylko obserwacji cyklu kobiety. Wspólny udział w kolejnych spotkaniach spowodował, że mąż więcej się dowiedział o działaniu mojego organizmu, nie musiałam mu nigdy nic tłumaczyć 🙂 Nauczyliśmy się metody, a po kilku cyklach udaliśmy się do Białegostoku do doktora Wasilewskiego na pierwszą wizytę, tzw. napro 😉 czyli naprotechnologia – po prostu znajdowanie i leczenie przyczyn niepłodności.

Każde kolejne przekroczenie progu kliniki Napromedica było naprawdę dobrym przeżyciem, z wizyt wychodziliśmy z konkretnymi wskazówkami. Mimo wszystko mój przypadek nie był konkretny, na niepłodność składało się kilka czynników, kilka schorzeń które wiedziałam, że mam (choroba tarczycy – Hashimoto) oraz o których się dowiedziałam (niedobory progesteronu, zespół policystycznych jajników). Leczenie trwało dosyć długo, jeździliśmy do doktora mniej więcej raz na 3-4 miesiące, potem na rok zrobiliśmy przerwę od wizyt, bo musiałam uregulować najpierw mój poziom hormonów tarczycy.

Był to taki moment, że trochę daliśmy sobie już spokój. Postanowiłam zmienić pracę. W drugim tygodniu nowej pracy nie dostałam na czas miesiączki, zrobiłam test, był pozytywny. Od tamtej chwili minął już rok. Gdy to piszę, obok śpi Anulka, nasza córeczka, która za tydzień skończy już 4 miesiące.

 

 

Muszę przyznać, że cały okres ciąży byłam niepewna. Dopiero, gdy się urodziła i mogłam ją zobaczyć – uwierzyłam, że wreszcie było nam dane rodzicielstwo :)! Wszystkich, którzy się wahają, szkoda im czasu lub pieniędzy na mimo wszystko dość kosztowne wizyty napro (niestety nie są refundowane…) mogę powiedzieć tylko jedno: na ważne rzeczy zawsze się znajdą pieniądze. ZAWSZE. My jesteśmy tego przykładem. Nigdy nie zabrakło nam kasy, mimo że czasem trzeba było na badania i leki wydać naprawdę sporo. Nie wiem jakim CUDEM się to udawało. Po prostu kasa się zawsze znalazła. I tyle. Myślę, że Ten na Górze ogarniał sytuację..:)

Kasia i Michał

 

Zaczęły pojawiać się w głowie pytania o to, czy nasze małżeństwo jest wartościowe. Jaka z nas rodzina, skoro nie mamy dzieci?! Rozmowy ze znajomymi, co raz to nowe osoby chwalące się potomstwem dobijały nas coraz bardziej.

Witajcie,

Jesteśmy małżeństwem od prawie 5 lat. Kiedy w dniu naszego ślubu przyrzekliśmy sobie miłość i wierność aż do śmierci, nie zastanawialiśmy się nad tym, że w małżeństwie mogą pojawiać się problemy, z którymi człowiek tak po ludzku nie jest w stanie stanąć twarzą w twarz. A już na pewno, nie jest w stanie stanąć naprzeciw nich trzy lata po ślubie.

Naszym wspólnym pragnieniem były dzieci. Choć, będąc całkowicie szczerym, to przez pierwszy rok małżeństwa nie staraliśmy się o poczęcie. Kiedy stwierdziliśmy że to już czas, na to by nasza rodzina powiększyła się, stanęliśmy przed rzeczywistym problemem. Minął miesiąc, dwa, trzy, następnie pół roku i rok naszych starań, a efektu próżno było szukać. Poszliśmy do ginekologa. Dostaliśmy skierowanie na badania i usłyszeliśmy, że w sumie to nic nie stoi na przeszkodzie, więc próbujcie przez rok, a jak nie, to zaczniemy leczenie in vitro. Mijały kolejne miesiące, w których nie dość że nie było żadnego efektu, to nasz stan psychiczny stawał się coraz gorszy. Po wielu rozmowach odważyliśmy się na telefon do osoby, która zajmuje się w naszym regionie Modelem Creighton. Po spotkaniu z Martą (instruktorką Modelu Creighton) zaczęliśmy obserwować cykle. Z tymi obserwacjami pojechaliśmy na pierwszą wizytę w klinice Napromedica w Białymstoku. Zetknięcie się z dr. Wasilewskim było bardzo pozytywnym doświadczeniem. Dogłębny medyczny wywiad i szereg badań utwierdziły nas w przekonaniu, że naprotechnologia jest pełnowartościowym sposobem leczenia niepłodności polegającym na znalezieniu przyczyny.

Kolejne wizyty, kolejne badania, co raz to nowe leki i budząca się nadzieja na posiadanie potomstwa stały się motorem napędowym naszego życia. Wszystko zaczęło się kręcić wokół naszych upragnionych dzieci. Niestety czarodziejskiej różdżki nie było i po pół roku leczenia efektu brak – dziecka nie ma. Zachwyt opadł, wizyty i rozmowy z dr. Wasilewskim stawały się dla nas coraz trudniejsze. On przekonany o tym, że doczekamy się potomstwa, my coraz bardziej załamani. W ciągu tych kilku miesięcy z dziesiątek badań do niewielu rzeczy można było się przyczepić pod kątem medycznym. Dr Wasilewski uważnie śledząc zapiski Modelu Creighton, wyniki badań laboratoryjnych i swoje obserwacje, wprowadzał co raz to inne sposoby i leki. Tak dobiliśmy do prawie 12 miesięcy leczenia naprotechnologią. Chcieliśmy zrezygnować. Nie widzieliśmy efektu końcowego.

Przez tak szczególnie zwróconą uwagę na efekt końcowy, nie patrzyliśmy na to, że ogólny stan zdrowia żony poprawiał się. Minęły dolegliwości związane z napadowymi bólami w podbrzuszu. Coraz rzadziej pojawiały się stany zapalne. Coraz mniej chorowaliśmy. Wyniki badań hormonalnych, morfologia oraz wiele innych poprawiały się. Wprowadzona dieta też pomogła w codziennym funkcjonowaniu. Nie było jednak poczęcia. A my? Zaczęły pojawiać się w głowie pytania o to, czy nasze małżeństwo jest wartościowe. Jaka z nas rodzina, skoro nie mamy dzieci?! Rozmowy ze znajomymi, co raz to nowe osoby chwalące się potomstwem dobijały nas coraz bardziej.

Dzięki Bogu spotkaliśmy na swojej drodze ludzi, którzy potrafili nam wytłumaczyć, że małżeństwo nie jest o dzieciach. A wartość małżeństwa nie mierzy się ilością potomstwa. Odpuściliśmy. Nie zaniechaliśmy leczenia oczywiście. Odpuściliśmy w tym sensie, że z centrum naszego życia wyrzuciliśmy chęć posiadania dzieci za wszelką cenę. Kontynuowaliśmy wizyty u dr. Wasilewskiego. Jakiś tydzień przed kolejną wizytą wydarzyło się coś, co wydawało nam się nieprawdopodobne. Domowy test ciążowy wyszedł pozytywnie. Zadzwoniliśmy do kliniki. Mieliśmy pojawić się na następny dzień. Dr Wasilewski potwierdził ciążę. Nie jesteśmy w stanie opisać wam tutaj naszej radości. Teraz czekamy na to, kiedy nasz maluch opuści brzuszek żonki.

Leczyliśmy się 12 miesięcy. Czy było łatwo? Oj nie. Zdarzały się przepłakane noce i chwile tak ciężkie, że jedynie wiara, spowiedzi i rozmowy pomagały nie zwariować. Jednak było warto. Spotkaliśmy wspaniałych ludzi i naszym zdaniem bardzo wartościową metodę leczenia niepłodności. Naprotechnologia z pewnością pomogła nam też w budowaniu relacji między sobą jako mąż i żona. Dziękujemy Bogu i ludziom, którzy pomogli nam w przejściu przez trudny czas. Dobrze że jesteście 🙂

Zakochana Para

Warto walczyć nawet latami jak my, trzeba się wzajemnie wspierać.

W grudniu 2007 roku był nasz ślub. Oczywiście od razu byliśmy gotowi przyjąć ewentualne potomstwo…. I tak czekaliśmy 2 lata, bez napięć, chociaż ja chodziłam do ginekologa, który mówił, że wszystko jest ok – można się zacząć martwić dopiero po 2 latach regularnego współżycia.

Ten czas minął, więc zaczęliśmy szukać przyczyny… Mąż udał się na badanie nasienia – raz było dobrze, raz obniżone parametry nasienia, a nawet przytrafiła się infekcja – wynik „0” żywych plemników, bakterie. Po różnych antybiotykach, parametry nasienia zaczęły wracać do normy. Te badania przeprowadzaliśmy na przestrzeni kilku lat.

W 2009 roku miałam przeprowadzone badanie HSG – stwierdzono, że jajowody są drożne. Przepisano mi tabletki Clostilbegyt na stymulację owulacji. Lekarz powiedział, że trzy miesiące po zabiegu to najlepszy czas na zajście w ciążę. Oczywiście nasze starania nie przyniosły rezultatu.

Zmieniałam ginekologów, myśląc, że któryś z nich znajdzie powód naszych niepowodzeń. Jednak oni mówili, że najlepszym wyjściem jest udanie się do specjalistycznej kliniki leczenia niepłodności.

Po jakimś czasie tak zrobiliśmy – udaliśmy się do specjalistycznej kliniki w Gdańsku, wydaliśmy dużo pieniędzy na pierwszą wizytę, gdyż musiałam wykonać szereg badań hormonalnych. Na ich podstawie stwierdzono u mnie hiperprolaktynemię czynnościową, przepisano lek na to schorzenie i po kilku tygodniach miało być już dobrze. Następnym badaniem był tzw. „test po stosunku”. Stwierdzono u mnie wrogi śluz, który unieruchamiał plemniki oraz obniżone wartości nasienia. Na ominięcie tych barier polecono nam zabieg inseminacji. Byliśmy pełni nadziei, że może to jest dla nas jedyna szansa na zajście w ciążę. Niestety nie udało się – już przy drugiej inseminacji lekarze przekonywali nas, że lepszym rozwiązaniem byłby zabieg in vitro. My jednak „trzymaliśmy się” inseminacji – razem było ich 7 (na przestrzeni 2 lat), każda przeprowadzana z co raz to innymi lekami wspomagającymi – wszystko to na nic. Po ostatnim zabiegu lekarka wręczyła nam skierowanie na pierwszą wizytę kwalifikującą do zabiegu in vitro. Nie mieliśmy po co tam wracać… chociaż mąż upierał się, żeby jeszcze raz spróbować inseminacji. Ja już miałam dosyć – nie rozumiałam, że w takich klinikach nie próbuje się leczyć, szukać przyczyn niepłodności. Jest tylko określony schemat działań i albo się uda, albo nie. Dodatkowo, to hasło „9 na 10 par wychodzi z kliniki zadowolonych”. Po jakimś czasie byliśmy prawie skłonni by przystąpić do in vitro – jednak ciągle sumienie nie dawało nam spokoju… w sprawie niewykorzystanych zarodków.

Pamiętam jak dziś, kiedyś jadąc samochodem przypadkiem usłyszałam w radio o Pogotowiu Duchowym. Postanowiłam zadzwonić do kapłana (gdyż wstydziłam się i bałam pójść do swojego księdza) i zapytać o wątpliwości nas nurtujące w związku z zabiegiem in vitro. Dodzwoniłam się do ks. Marka – był akurat na obozie z młodzieżą. Nasza rozmowa była krótka. Przekonywał mnie, że in vitro nie jest dobrym rozwiązaniem i dużym obciążeniem dla sumienia. Wspomniał jednak też o Naprotechnologii. Ja myślałam, że tę dziedzinę nauki stosują w Gdańsku, gdzie byliśmy, ale ksiądz po krótce tłumaczył o co chodzi. To był lipiec 2014 roku. Pomyślałam, że pojawiła się dla nas nowa szansa, zaczęłam szperać w internecie, o co w tym wszystkim chodzi. Nie mogłam się połapać – instruktor, obserwacje, dopiero później lekarz… Zdawało się to takie skomplikowane, ale pomyśleliśmy z mężem, że grzechem by było nie spróbować – dla spokoju własnego sumienia.

Pierwszą wizytę napro mieliśmy w październiku 2014 roku. Lekarka zleciła cały plik badań – zarówno dla mnie, jak i dla męża, no i poszukać instruktora Modelu Creighton. Niestety pani, do której mielibyśmy najbliżej, tzn. ok. 45 km, w rozmowie telefonicznej powiedziała nam, że może nas przyjąć dopiero od kwietnia – to była jedyna instruktorka w naszym województwie… Czułam się, jakby ktoś mi podciął skrzydła. Jednak byliśmy zdesperowani. Szukaliśmy instruktora – Licheń, Gdańsk, wreszcie znaleźliśmy p. Martę w Olsztynie. Obserwacje, kolejne badania wykazały u mnie cykle bezowulacyjne, pęcherzyki rosły do pewnego momentu i nie pękały. Miałam również nieprawidłowe krwawienia, progesteron i estradiol miały bardzo niskie wartości. Pani doktor zastosowała leczenie hormonalne, przyszedł czas oczekiwanego zabiegu histerolaparoskopii (wszystko ok). Od sierpnia 2015 roku pani doktor zmieniła nieco stymulację cyklu. Wreszcie miałam pięknie rosnące i pękające pęcherzyki, jednak po kilku miesiącach efektów nie było.

22 listopada, 12 dnia cyklu, na USG w jednym z jajników były 2 pęcherzyki 12 mm. Lekarz stwierdził, że może urosną, ale raczej z nich nie będzie owulacji. Po rozszyfrowaniu objawów postanowiłam sprawdzić co się dzieje. 15 dnia cyklu USG wykazało w tym samym jajniku pęcherzyk o wielkości 10,6 mm. Ginekolog powiedział, że nie będzie z tego owulacji. Po wysłuchaniu moich argumentów stwierdził, że mogło dojść do owulacji. Po powrocie do domu zadzwoniłam do pani doktor od napro – prosiła odezwać się jak będzie okres – wtedy zmienimy stymulację. Byłam rozczarowana i załamana – 3 lekarzy, 2 badania USG w ciągu 4 dni i nie wiadomo, czy była owulacja czy nie. Pomyślałam, że Naprotechnologia nie jest dla nas, byłam rozgoryczona. Na początku grudnia obdzwoniłam pół Polski, aby znaleźć miejsce na rządowy program in vitro. Wszystko zajęte. Byłam załamana, zaczęłam myśleć o adopcji… Dni mijały, minął czas oczekiwanej miesiączki. Po kilku dniach, 15.12.2015 r. zrobiłam test ciążowy. Po raz pierwszy od 8 LAT zobaczyłam 2 kreski na teście! SZOK! Serce mało mi nie wyskoczyło z piersi. Mąż mnie uspakajał, że musimy być bardzo ostrożni w naszej sytuacji. Pani doktor też ostudziła nasze emocje – mówiła, że może to być jeszcze działanie leków, że trzeba zrobić badania z krwi. Tak zrobiliśmy – wyniki były dopiero późnym popołudniem, nie dowierzaliśmy… Beta prawie 2000 tj. 5 tydz. ciąży… po prostu CUD. Na wizycie ginekolog potwierdził ciążę. Obecnie jestem w 10 tyg. ciąży, wszystko jest (odpukać w niemalowane) ok 🙂

Podsumowując, warto walczyć nawet latami jak my, trzeba się wzajemnie wspierać – mąż był cały czas dla mnie podporą, trzeba szerzej mówić o Naprotechnologii – by inni mogli z niej korzystać, a przede wszystkim trzeba się modlić, bo wiem, że bez Boga naszego CUDU by nie było.

Pozdrawiamy

🙂

Małgorzata i Piotr

3

Jesteśmy żywym dowodem na to, że naprotechnologia jest skuteczną metodą leczenia niepłodności.

Nazywamy się Agnieszka i Bartek i jesteśmy żywym dowodem na to, że naprotechnologia jest skuteczną metodą leczenia niepłodności. Nasze Maleństwo rośnie i zapowiada swoje przyjście na świat 8 grudnia 2015 roku, a my niecierpliwie czekamy.

Pobraliśmy się prawie 4 lata temu i od początku było dla nas oczywiste, że będziemy mieć dzieci. Niestety czas płynął, my czekaliśmy, a dzieciątka nie było. Trudno było nam się z tym pogodzić. Początkowo nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że możemy mieć jakiś problem. Zewsząd padały pytania, co planujemy i kiedy wreszcie przyjdzie na świat nasze dziecko. To były całkiem zwyczajne pytania ze strony życzliwych osób, jednak dla nas były one niesamowicie trudne i bolesne.

W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że coś jest nie tak. Lekarze, z którymi mieliśmy do czynienia zbagatelizowali problem, zrobiono jakieś pobieżne badania i zaproponowano nam inseminację. Kolejnym krokiem prawdopodobnie byłoby in vitro. Nie mogliśmy tego zaakceptować. Wiedzieliśmy o istnieniu naprotechnologii i mimo początkowych obaw zdecydowaliśmy się na podjęcie próby leczenia. Na samym początku mieliśmy wątpliwości co do skuteczności tej metody, gdyż mimo wielu informacji na jej temat nie zetknęliśmy się z nikim, u kogo dałaby ona pozytywne rezultaty. Przed samym, umówionym już wcześniej pierwszym spotkaniem z naszą instruktorką, w trakcie rekolekcji małżeńskich spotkaliśmy parę, która również leczyła się naprotechnologicznie i oczekiwała narodzin dziecka. To był dla nas pewnego rodzaju znak, potwierdzający trafność drogi, którą zdecydowaliśmy się obrać.

W naszym przypadku proces leczenia trwał około półtora roku. Nie była to łatwa droga. Czasem było lepiej, kiedy wyniki się poprawiały, ale były też i chwile, gdy mieliśmy wszystkiego zwyczajnie dość. Niemniej jednak w trakcie leczenia spotkaliśmy ludzi, którzy naprawdę zainteresowali się naszym problemem, skupili się na znalezieniu jego przyczyn i oraz jego wyleczeniu. W tym roku w Wielki Piątek na teście ciążowym, po prawie czterech latach starań pojawiła się słaba, ale jednak całkiem wyraźna druga kreska. Obecnie oczekujemy niecierpliwie na przyjście na świat naszego Dziecka. Pragniemy podziękować Panu Bogu za ten dar, ludziom którymi się posłużył w tym celu oraz naszym najbliższym za wszystkie ofiarowane w naszej intencji modlitwy.

Agnieszka i Bartek

Z naprotechnologią pierwszy raz zetknęłam się jakieś 6 lat temu. Odkąd miesiączkuję, miałam problemy z długimi cyklami menstruacyjnymi (wahania 35 – 50 dni), cerą, lekko podwyższonym poziomem prolaktyny.

Odwiedzałam różne gabinety ginekologiczne. Zdaniem części lekarzy, wszystko było ok, sugerowano jedynie tabletki antykoncepcyjne, leki na obniżenie poziomu prolaktyny. Tym bardziej, że obraz USG jajników nie pokazywał żadnych nieprawidłowości, nie miałam problemów z tarczycą, a to ona jest najczęściej sprawdzana przez lekarzy. Nie chciałam brać tabletek antykoncepcyjnych, więc szukałam dalej.

Przez Internet – pytając o dobrego lekarza ginekologa, który by diagnozował, a nie sugerował pigułek anty   – trafiłam do lekarza z Poznania, internistki, zafascynowanej naprotechnologią i szukaniem przyczyn problemów z płodnością. Okazało się, że długie cykle muszą mieć swoją przyczynę. Tak zaczęła się konkretna diagnostyka – z oceną USG owulacji, z diagnostyką szpitalną: tomografią nadnerczy, rozbudowanym profilem hormonalnym, diagnostyką w kierunku cukrzycy (nadwaga). Oczywiście badania robione w różnych dniach cyklu.

Pierwszy raz spotkałam się też z pogłębionym wywiadem rodzinnym. To był początek, próba znalezienia przyczyn. Okazało się, że wyniki wcale nie były prawidłowe. Skłaniano się w kierunku PCOS (zespół policystycznych jajników), mimo że na USG nie było żadnych zmian, profil hormonalny wskazywał na nie wyraźnie. Z diagnostyką z dwóch szpitali i sporym plikiem dodatkowych badań, szukałam lekarza jeszcze bliżej Olsztyna.  Jednocześnie próbowałam prowadzić obserwację cyklu metodą Roetzera, ale przypadkowi ginekolodzy mi odradzali, mówiąc, że mam cykle „zbyt zaburzone”, by coś zaobserwować. Sugerowano szybką ciążę ze względu na pcos (mimo że mówiłam, iż nie jestem nawet w związku).
Trafiłam w ręce ginekologa – naprotechnologa. I coś, co mnie przekonało, to konkretne i holistyczne podejście. Po dodatkowych badaniach miałam nie tylko potwierdzone wreszcie pcos, ale też informację o insulinooporności, obniżonym poziomie progesteronu. Pierwszy raz spotkałam się też z tym, by ginekolog proponował testy
na nietolerancję pokarmową i mówił o związku tego, co jem, z tym, jak funkcjonuje organizm. Badania miałam robione nie na podstawie kalendarza, ale na podstawie obserwacji cyklu.

Ze względu na konieczność przyjmowania progesteronu w drugiej fazie cyklu, musiałam prowadzić obserwację cyklu. Branie leków na podstawie kalendarza odnosiłoby się do podręcznikowego, idealnego cyklu, a nie mojego. Przez pierwsze dwa lata stosowałam metodę Roetzera – ale mierzenie codziennie rano  temperatury i chaotyczne jej wykresy niezbyt mnie pociągały. Trudno było mi wyznaczać owulację. Zaczęłam też zwracać uwagę na to, jak się odżywiam oraz na włączenie aktywności fizycznej – to było niezbędne przy pcos i insulinooporności.

Od prawie roku jestem użytkowniczką Modelu Creighton. Po kilku pierwszych, trudnych miesiącach – okazało się, że cykle nie są aż tak chaotyczne, jak myślałam.

Na podstawie obserwacji wyznaczam początek przyjmowania progesteronu w każdym cyklu. Model jest dla mnie wygodny, nie muszę pamiętać o mierzeniu temperatury. Widzę, jak zmienia się mój organizm i kiedy pojawia się coś niepokojącego. Widzę objawy owulacji. Cykle mam teraz krótsze. W moim przypadku – przy pcos – jest to dla mnie najwygodniejsza metoda.

Naprotechnologia dała mi nie tylko diagnozę, ale też wiedzę.  Warto szukać przyczyn problemów.

Ania

Jesteśmy małżeństwem 7 lat. Mamy dwoje wspaniałych dzieci.

Od początku szukaliśmy dobrej metody regulacji poczęć. Nie stosujemy tabletek antykoncepcyjnych, bo sztuczne hormony nie są niczym dobrym dla zdrowia. Mogą powodować liczne choroby, których cała „litania” jest wypisana na ulotce. Poza tym powodowały u mnie stany depresyjne i brak chęci na współżycie. Brałam je, aby móc seks uprawiać, a później go nie uprawiałam, bo nie miałam ochoty. Paradoks.

Prezerwatywy nigdy nie wchodziły w grę… Od niedawna stosujemy Creighton Model System. Wcześniej metoda podwójnego sprawdzenia i met. Billingsów.

Model podoba nam się ze względu na szczegółowość i przejrzystość dzięki czemu jesteśmy pewni, kiedy powstrzymać się od współżycia. Obecnie nie planujemy kolejnych dzieci.

EP

NaProTechnologia przywróciła mi nadzieję na odzyskanie zdrowia i dała wiarę w to, że pomimo przeciwności kiedyś, jak Bóg da, będę miała dzieci.

Od lat choruję na Zespół Policystycznych Jajników (PCOS), długo „leczyłam się” środkami antykoncepcyjnymi. Dwa lata temu zrozumiałam, że nie jest to żadnym leczeniem, a tylko zaleczaniem, tuszowaniem istnienia problemu. Wówczas odstawiłam antykoncepcję i zaczęłam szukać innych rozwiązań Na NaProTechnologię trafiłam dzięki znajomym. Początkowo nieufna z czasem przekonałam się do obserwacji, modelu Creighton’a i tego,
że wszystko, co ważne i wartościowe – wymaga czasu.

Obecnie regularnie miesiączkuję, trafiłam też do wspaniałego endokrynologa, który pomaga mi leczyć dolegliwości związane z PCOS. Codzienne obserwacje pozwalają mi lepiej poznać siebie, swoje ciało i jego nieograniczone, niesamowite możliwości. Teraz wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Niemożliwe czasem po prostu zajmuje więcej czasu.

Eliza

Leczenie naprotechnologią zapewnia kompleksową opiekę pod kątem znalezienia przyczyny

Dla mnie najważniejsze w naprotechnologii jest ukierunkowanie na leczenie indywidualne każdej pary. Od samego początku jest przeprowadzany szczegółowy wywiad z pacjentami. Leczenie naprotechnologią zapewnia kompleksową opiekę pod kątem znalezienia przyczyny – zarówno instruktorzy jak i lekarze naprotechnologii traktują sprawę poważnie i nierutynowo. To dawało mi poczucie bezpeiczeństwa, że trafiłam w dobre ręce, że ktoś się dokładnie przygląda mojemu przypadkowi. Model Craightona, według którego prowadzone są obserwacje, pozwala zauważyć niepokojące objawy cyklu, które mogą wskazywać przyczynę nieudanych prób zajścia w ciążę. Moim instruktorem była pani Marta Stasieło, która dokładnie mi wszystko tłumaczyła i wyjaśniała, bo choć metoda jest prosta, trzeba się jej dobrze nauczyć, żeby umieć właściwie odczytać cykl. Teraz mam okazję współpracować z panią doktor z Naprocentrum w Gdańsku, która kontroluje moją ciążę pod kątem osoby, która długi czas się o nią starała. Dzięki temu miałam zlecone dodatkowe badania, które wykryły istniejące zagrożenia i jestem pod stałym monitoringiem. Daje mi to poczucie bezpieczeństwa i spokój o dalszy rozwój maleństwa.

 

Karolina C.

 

Bądź na bieżąco. Zapisz się do naszego newslettera!

Chcę otrzymywać newsletter (w każdej chwili możesz się wypisać z listy).

Email marketing powered by FreshMail